Dolina Śmierci
Kapiszowa październik 2008


Październik 1944 roku, okopy nieopodal słowackiej wsi Kapisova. Przełęcz Dukielska. Nasz działon trwa na stanowisku przy drugiej linii okopów. Jest zimno i deszczowo. W sumie od kilku dni leje deszcz, a my siedzimy w błocie po kolana nie mając możliwości wysuszyć przemoczonych totalnie mundurów. Zmarznięci, przemoczeni, niewyspani oczekujemy kolejnych ataków Rosjan. Od wielu dni toczymy ciężkie walki z nacierającym wrogiem. Przeciw nam walczy też korpus Czechosłowacki i Słowaccy powstańcy. Przedwczoraj zdobyliśmy w kontrataku radziecką armatkę ppanc. wz.37 kalibru 45 mm. Rosjanie nazywają ją Muchobojka. Rzeczywiście nie przedstawia wysokiej jakości jako broń przeciw radzieckim T-34 czy nie daj Boże czołgom ciężkim typu IS. Dopiero z niewielkiej odległości możemy starać się zerwać gąsienice i unieruchomić stalowe sowieckie potwory. Dobra jest też do niszczenia gniazd cekaemów i siły żywej. Zamaskowaliśmy ją tak dobrze, że dopiero z 20 metrów piechur dostrzeże naszą niespodziankę. Radziecki czołgista może nie zdążyć zauważyć jej wcale, a przynajmniej nie zdążyć pochwalić się swoimi uwagami z ładowniczym swojej armaty. Chyba, że na tamtym świecie.

Tulimy się do siebie pod małym pancerzem płyty czołowej usiłując tym samym wzajemnie rozgrzać swoje wyziębione ciała. Woda z hełmu skapuje bezlitośnie na kark po czym wsiąka w kołnierz mojej mundurowej bluzy. Mimo zakazu rozgrzewamy się zorganizowanym gdzieś bimbrem. Podchodzi kapitan dowodzący odcinkiem każąc ponownie dziś sprawdzić wypalony wrak sowieckiego T 34 zniszczonego we wczorajszym szturmie. W sumie zostało ich w polu 7 sztuk. Trochę dalej w Krużlowej jeszcze rano dymiły dwa, które przebiły się przez nasze linie i popędziły na wprost już bez osłony piechoty stając się łatwym celem dla naszych piechurów wyposażonych w pancerfausty. Napędziły jednak sporo strachu kuchniom polowym. W sumie jeden zaserwował nam krwawy befsztyk mieląc gąsienicami przygotowaną kolację, wraz z obsługą kuchni i końmi.

Niesamowite ile oni mają czołgów. Chodzą pogłoski, że nasze wojska wraz z Węgrami zniszczyli wszystkie czołgi Korpusu Czechosłowackiego. Mimo to wciąż pojawiają się nowe. Wracamy z rozpoznania na stanowisko i posilamy się zafasowanym chlebem. Jest równie mokry jak my, ale do niego mamy też konserwę mięsną, a to już jest coś. Dwie godziny później nadchodzi meldunek, że zbliża się sowiecka kolumna. Leżymy na stanowisku mając jasne rozkazy, aby nie zdradzać armatki do czasu pojawienia się czołgów.

Widzimy jak na dłoni wjeżdżających Rosjan. Mimo tego, że wczoraj dostali tu niezłego łupnia jadą jak na paradę wpadając nagle w zmasowany ogień naszej broni piechoty. Leżymy w naszym "bagnie" przyglądając się z satysfakcją jak ponoszą straty i wycofują się tam skąd przyszli. Nasza radość nie trwa długo. Na wprost nas ze wzgórza spływa szarozielona masa gotowa przejść po nas jak burza. Patrzę z przerażeniem czy w naszych okopach jeszcze ktokolwiek został, bo po naszej stronie panuje niczym nie zmącona cisza. Gdy pierwsza fala Rosjan jest 120 metrów od okopów odzywają się nasze MG kosząc całe drużyny sowieckiej piechoty. Popędzani z tyłu przez NKWD zalegają jednak przed naszymi liniami. Zza małego drzewka na wzgórzu słychać szczekanie Maxima. Dostrzegam ogień wylotowy z lufy i mam ogromną ochotę zlikwidować to gniazdo. Nie tylko ja. Mój celowniczy już mimowolnie nastawia przyrządy i kieruje powoli lufę na cel. Niestety nie możemy strzelać. Kieruje wzrok na wzgórze. Sowieci ustawiają moździerze i po chwili ich pociski rozrywają się na pierwszej linii okopów. Wiem co będzie się teraz działo i na wszelki wypadek każę załadować odłamkowym. Wiem, że sowiecka piechota pod tą osłoną ruszy do szturmu nie zważając na gwiżdżące odłamki własnych granatów. Teraz wszystko dzieje się momentalnie. Jeszcze nie opadła ziemia wyrzucona w górę przez ostatni pocisk moździerza jak Rosjanie wdzierają się w walce wręcz do pierwszego okopu wypierając naszych. Tylko jednak na moment udaje się im zająć okop gdyż rusza do kontrataku odwodowy pluton. Pluton to dość szumna nazwa, bo to zaledwie kilkunastu ludzi wspartych kaemem na transporterze opancerzonym. To już nasze ostatnie odwody. Niesamowite, że tej garstce ludzi udaje się wyrzucić Rosjan i odtworzyć linię obrony. Niestety na polu zostaje wielu naszych poległych. Sowiecka piechota znów zalega w pewnej odległości od naszych linii. Czekają na wsparcie. I dostają je. Widzę dwa T 34 zajmujące pozycje do szturmu. Po wczorajszych stratach mamy tylko do obrony nasze działko i zdobyczny PTRD na lewej flance. Oba te środki są skuteczne tylko na bliską odległość.

Na co czekają? Czemu nie atakują? Kieruję lornetkę na szczyt wzgórza... Najpierw okropny zgrzyt i wycie jakby ktoś przesuwał ciężką szafę po nieheblowanej podłodze, a potem dostrzegam tylko kilkanaście świetlistych smug wyłaniających się zza wzgórza. Krzyczę "Kryć się!!!!", gdy rozpętuje się piekło. Wtulamy się w błoto jak tylko możemy najgłębiej, aby osłonić się od latających odłamków, ziemi, kamieni. Dookoła wybucha dosłownie wszystko niosąc śmierć i zniszczenie. Jeśli istnieje piekło to jesteśmy teraz w jego ostatnim kręgu. Krzyczymy żeby nie zwariować, a ziemia gotuje się koło nas jak woda na herbatę. To cud, że jeszcze nie trafił w nas żaden z pocisków Katiuszy. To właśnie "Organy Stalina" zaserwowały nam ten pogrzebowy koncert. Najważniejsze teraz zachować zimną krew. Rosjanie zaraz ruszą, aby wysłać nas w podróż na tamten świat z biletem tylko w jedną stronę. Na szczęście rozrzut z Katiusz jest tak duży, że musieli się cofnąć co da nam dodatkową minutę na zorganizowanie obrony o ile w tym piekle żyje ktokolwiek z naszych. Milkną wybuchy, a z oddali słychać warkot czołgów silników i widać biegnącą piechotę.

Są! Oba czołgi jadą w jednej linii na obu flankach. Trzeba szybko podjąć decyzję, który pierwszy stanie się naszym celem. Potem trzeba natychmiast przenieść ogień na drugi czołg, bo inaczej już nie będziemy mieć żadnych zmartwień. Tuląc się za pancerzem, aby nie być dostrzeżonym przez piechotę ładujemy przeciwpancernym i powolutku bierzemy na cel pierwszy czołg. Celujemy w gąsienice. Jest szansa, ze gdy ustawi się bokiem to przebijemy pancerz na wysokości silnika pomiędzy kołami. Jak nie zerwiemy gąsienice i unieruchomimy go. Piechota niebezpiecznie blisko naszej pierwszej linii, z której strzela już desperacko tylko trzech ludzi. Nasze nerwy napięte są do granic możliwości. Jeszcze chwila, a radzieccy strzelcy wykryją niewielki osłonięty trawą pagórek na równym polu i zrobią z nas sito.

Jest. Omijając smocze zęby czołg na moment ustawia się bokiem. Odległość 60 metrów. Ognia! Nie patrząc na rezultat przenosimy natychmiast ogień na drugi czołg. Nie mogliśmy chybić. Ładowniczy krzyczy "Dymi!" i już drugi ppanc tkwi w komorze nabojowej. Ale dostrzega nas już piechota. Pociski bębnią po pancerzu. Strzelamy - pudło. Czołg przetacza się już po drugiej linii okopów.

Zmieniamy stanowisko - Staramy się wydrzeć pod ogniem działo z błota, któro stawia ogromny opór. Nie jest łatwo wydrzeć z błota pół tony stali. Pada celowniczy, ładowniczy. Coś uderza mnie w brzuch i rzuca na zamek pozostawionej armaty....




Zobacz film z rekonstrukcji:

http://www.youtube.com/watch?gl=PL&hl=pl&v=MvnYo1Qs6dQ





Zobacz fotogalerię z rekonstrukcji:




<<< powrót